Drukuj

Wywiad z p. Beatą Helizanowicz - instruktorką FCPI



Agnieszka Konik-Korn: - Jak można scharakteryzować naprotechnologię?
Beata Helizanowicz: - NaProTECHNOLOGY® to skrót od Natural Procreative Technology (Technologia Naturalnej Prokreacji). To szereg zachowawczych i chirurgicznych metod leczenia niepłodności, opartych na najnowocześniejszych osiągnięciach medycyny oraz na szczegółowej obserwacji cyklu miesięcznego kobiety. Naprotechnologia skupia się na indywidualnej diagnostyce schorzeń powodujących niepłodność, a także na całościowym podejściu do kobiety i do małżeństwa, maj±cego problem z poczęciem. Leczenie to czasem jest długotrwałe i wymaga zaangażowania obojga małżonków, ale przynosi zaskakuj±co dobre efekty.


Media świeckie zarzucają naprotechnologii, że opiera się na religii katolickiej, a nie na nauce. Po lekturze artykułu "Błogosławiona metoda" w „Wysokich Obcasach” miałam wrażenie, że to metoda oparta w zasadzie na… modlitwie...

Środowiska sprzyjające in vitro próbują z naprotechnologii uczynić coś w rodzaju katolickiej szarlatanerii. Wg wspominanego artykułu można dojść do wniosku, że konferencja dotycząca naprotechnologii, która odbywała się w kwietniu w Warszawie miała charakter niemalże religijny. Nic bardziej mylnego! To, że jeden z prelegentów, dr Boyle przyznał, że jest praktykującym katolikiem, nie zmieniło faktu, że kolejne kilkanaście godzin wykładów poświęcone było najnowocześniejszym osiągnięciom medycyny, zajmującej się leczeniem niepłodności. To, w jaki sposób temat został opisany zależało głównie od intencji autora artykułu.


Kolejnym zarzutem jest cena leczenia metodą naprotechnologii. Jak jest w rzeczywistości?

Być może zarzuty te wynikają z obaw przed utratą klientów - w końcu in vitro to metoda przynosząca ogromne zyski. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że naprotechnologia nie jest metodą darmową - w końcu pracują tam ludzie, którzy poświęcają swój czas, szkolą się specjalnie, by pomóc parom pragnącym mieć dzieci. Koszty prowadzenia przez instruktora wahają się od 1000 do 1500 zł w skali roku, ale nie dochodzi tutaj - jak w przypadku in vitro - do sum rzędu kilkunastu tysięcy zł. Dodatkowym atutem tej metody jest fakt, że przy leczeniu chirurgicznym czy farmakologicznym każda pacjentka może korzystać z dostępnych leków czy zabiegów refundowanych przez NFZ. Niestety, całego procesu leczenia metodą naprotechnologii nie można na razie przeprowadzić przy całkowitej refundacji NFZ.
Przychodzą do mnie różne pary. Nie tylko małżeństwa o światopoglądzie katolickim. Była u mnie raz para, która jasno powiedziała, że gdyby mieli pieniądze zdecydowaliby się na in vitro. Zarzut o wygórowane ceny naprotechnologii brzmi więc w tym przypadku absurdalnie.


Słyszałam też, że wiele osób rezygnuje z tej metody...

Jak przy in vitro, tak i w przypadku naprotechnologii zdarzają się osoby, które rezygnują z leczenia. Nie jest to jednak niczym dziwnym czy obniżającym wartość tej metody. Myślę, że wiele zależy od siły motywacji pary, satysfakcji z kontaktu z lekarzem i innych czynników. Sądzę, że przyczyną nie jest sama metoda, gdyż podejście to szanuje godność kobiety, mężczyzny, małżeństwa i nie budzi oporów wewnętrznych. Jeśli chodzi natomiast o procedurę in vitro, nikt nie mówi np. o tym, w jakich okolicznościach dokonuje się sztucznego zapłodnienia. Raz przyszło do mnie małżeństwo, które miało już dwie nieudane próby zapłodnienia in vitro. Kobieta ze łzami w oczach mówiła, że już ma dość tego traktowania jej jak przedmiot, kiedy ona czeka w jednym pokoju na inseminację, a w drugim jej mąż ogląda film pornograficzny, aby masturbując się dostarczyć nasienie potrzebne do zapłodnienia. Inna para, która ma już jedno dziecko poczęte metod± in vitro mówiła mi o kryzysie w ich związku, o tym, że wciąż zadają sobie pytania - dlaczego to dziecko się urodziło, a nie inne? Co się dzieje z pozostałymi zarodkami? Te stany depresyjne przypominają syndrom poaborcyjny.


Dlaczego naprotechnologia wymaga konsultacji u instruktorów? Czy nie wystarczy wizyta u lekarza?

Jest to procedura wypracowana przez Instytut im. Papieża Pawła VI w Omaha. Aby postawić diagnozę i prowadzić terapię, lekarz opiera się m.in. na bardzo szczegółowej obserwacji cyklu miesiączkowego prowadzonej przez kobietę wg Modelu Creightona. Zadaniem instruktora jest właśnie nauczenie pary zasad obserwacji i monitorowanie jej prowadzenia, tak, by dane, na których opiera się lekarz były jak najbardziej prawidłowe.


Dlaczego uważa Pani naprotechnologię za skuteczniejszą od in vitro?

Przede wszystkim dysponujemy potwierdzonymi źródłowo statystykami, które pokazują ilość udanych poczęć tą metodą. W naprotchnologii bierze się pod uwagę całego człowieka - jego fizjologię, psychikę, emocjonalność, duchowość. Poczęcie to coś niewiarygodnie pięknego i nieogarnionego, dlatego naprotechnologia podchodzi z szacunkiem do potencjalnych rodziców i ich dzieci. Absurdem jest przecież to, co się dzieje obecnie - najpierw przez szereg lat pary stosują antykoncepcję, ubezpłodniając się środkami farmakologicznymi, po czym nagle, gdy chcą mieć dzieci, okazuje się, że pojawiają się problemy i szuka się rozwiązania w sztucznym zapłodnieniu. Brak jasnej diagnozy i presja czasu, by posiadać dziecko niemalże na zawołanie powoduje tak liczne zgłaszanie się na in vitro. Wczesna i dokładna diagnostyka pozwala na leczenie konkretnych schorzeń. Bardzo istotne jest to, że w naprotechologii niezwykle zindywidualizowane podejście do pary starającej się o dziecko skutkuje niemalże 100% diagnozą przyczyn niepłodności, czego brakuje podejściu in vitro, które bardzo często pozostawia nierozstrzygniętym pytanie o przyczyny. Naprotechnologia to również opieka nad matką i dzieckiem nie tylko po poczęciu, ale także w całym okresie prenatalnym i po urodzeniu.


Naprotechnologia to metoda głęboko ludzka. Nikogo nie odsyła z kwitkiem, nikogo nie pozostawia bez szans.


Wywiad przeprowadziła Agnieszka Konik-Korn



Tekst wywiadu pochodzi z Tygodnika Katolickiego Niedziela nr 21/2009